Cóż jest wart handlarz sprzętem technicznym, jeśli sam nie potrafi się nim perfekcyjnie posługiwać?Jak przekonać klienta do kupna skomplikowanego urządzenia, jeśli sami nie wiemy dokładnie, jak onodziała? Na pewno są setki tysięcy ludzi, którzy potrafią
równie dobrze sprzedawać marchewkę, samochody albo leki. Stosują różne techniki, nie zawsze etyczne, ale są skuteczni.
Nasza efektywność zawsze wynikała ze znajomości urządzenia, ponieważ dokładnie wiemy, do czego one służą.
Jeśli tylko jest to możliwe, szkolimy się u producenta lub dostawcy, a jeśli nie, to ćwiczymy przed sprzedażą towaru
klientowi. Dzięki temu zawsze wiemy, jak przekonać kupującego o zaletach sprzętu. Czasami, w ramach „walki
z nudą”, wykonujemy usługi przy użyciu oferowanych urządzeń, aby poznać w praktyce ich wady i zalety.
Jakiś czas temu zadzwonił w firmie telefon. Początek rozmowy wyglądał prawie, jak u redaktora Weissa: „dzwonię
do pana w pewnej nietypowej sprawie”. Temat faktycznie ciekawy – trzeba przeprowadzić inspekcję rury wodnej
φ80 mm na długości 210 m. To jeszcze nic wielkiego. Ale rura leży pod torami kolejowymi i nie ma możliwości zrobienia
żadnej rewizji pośredniej. Dostępne są tylko końce rury. Przebieg przewodu jest najprawdopodobniej prostoliniowy,
ale pewności nie ma. Wiek instalacji imponujący,na pewno ponad 80 lat. Powód inspekcji – straty wody na
poziomie 3 tysięcy m3 na miesiąc. Nieźle. Mamy dla klienta oczywiście parę ciekawych propozycji rozwiązania problemu,
ale istnieje konieczność, by kupił trochę sprzętu, a to go nie interesuje. Z zaprzyjaźnionych firm zajmujących
się inspekcją też nikt nie jest zainteresowany. Mała robota,temat trudny; lepiej jechać kilometry inspekcji w normalnej
kanalizacji. Klient dzwoni po raz kolejny: „Już 17 firm nam odmówiło”, żali się. No nie! Jeśli tyle firm się poddało, to
my musimy spróbować. Krótkie negocjacje, trochę papierkowej roboty i jedziemy. Do Węglińca. Jest to duży przygraniczny
węzeł kolejowy na zachodnich rubieżach kraju.Na miejscu, jak to zwykle na kolei, okazuje się, że nic nie
jest przygotowane, ale to przecież norma. Czekamy na ekipę,która zdemontuje wodomierz i otworzy nam dostęp do
rurociągu, a my powoli rozkładamy się ze sprzętem. Dwie kamery inspekcyjne, jedna na pręcie z włókna szklanego,
druga na kablu, długi pręt do penetracji, sztangi z włókna,agregat prądotwórczy i oczywiście komputer z oprogramowaniem
WinCan. Dobrze, że ten cały „stragan” zmieścił się do Forda. Po demontażu wodomierza i spuszczeniu wody
zaczynamy inspekcję małą kamerą. Wewnątrz rury piękny,księżycowy krajobraz. Klasyczne inkrustacje, na szczęście
nie więcej niż 15% zmniejszenia pola przekroju poprzecznego przewodu. W odcinku pozbawionym wody w wielu
miejscach w śmieszny sposób do wnętrza rury sączą się malutkie strumyczki. To wraca woda, wcześniej „wypompowana”
z rurociągu do gruntu. Wniosek prosty. Przewód jest dziurawy jak ser szwajcarski. Na dobrze widocznym
odcinku 15 m od studni widać kilkanaście miejsc przecieku. Dalej niewiele widać, bo rura tworzy syfon i pozostała
w niej woda. Krótka konsultacja z klientem, czy wydmuchujemy wodę, ale z powodu braku odpowiedniego kompresora
rezygnujemy. Przy użyciu pręta z włókna szklanego i kalibratora φ50 mm sprawdzamy drożność rurociągu.
Musimy to zrobić, aby przy kontynuacji inspekcji większą kamerą nie narazić się na jej zaklinowanie. Wszystko
w porządku; rura jest drożna. Wprowadzamy większą kamerę. Po wejściu głowicy pod wodę niewiele widać, chociaż
przy jej zatrzymaniu można wyraźnie zaobserwować ruch w wodzie. Wniosek ten sam, co wcześniej. Przewód
jest ewidentnie pełen dziur. Wycofujemy kamerę z lekką obawą, bo parę razy mocno haczy o inkrustacje, ale
w końcu daje się bez problemów wyciągnąć. Nasze zadanie jest zakończone. Zwijamy całe oprzyrządowanie,
chwila pracy przy komputerze i protokół z inspekcji wraz ze zdjęciami i filmem jest gotowy. Szkoda, że
nie zabraliśmy drukarki, bo można by całą pracę zakończyć na miejscu. Kolejne doświadczenie zdobyte, kolejny
zadowolony klient w bazie danych. Czekamy na następne nietypowe zadanie.
