Chociaż tak naprawdę to nie koniec a początek. Początek nowej działalności przy użyciu najnowocześniejszego i unikalnego sprzętu. Tak jak napisałem kończąc poprzednią część sprawozdania, wiedziałem jaka będzie decyzja klienta. Szwajcarska precyzja oraz wyjątkowa solidność wykonania przeważyły i klient zdecydował się na zakup urządzenia firmy Umwelttechnik Jenni AG . Reszta formalności, negocjacje cenowe, terminy, przedpłaty.. to było już dawno temu. Pod koniec listopada znowu spotkaliśmy się w Szwajcarii aby przeszkolić załogę i dokonać ostatecznego odbioru maszyny, a właściwie całego systemu do utwardzania rękawów promieniowaniem UV. Gdy w połowie miesiąca zadzwonił telefon z Oey, rzuciłem się do komputera, aby zarezerwować samolot do Zurychu. Okazało się, że to nie takie proste. To znaczy może i proste, ale niestety kosztowne. Przećwiczyłem kilkanaście kombinacji: odlot z Berlina, z Warszawy, z Krakowa, przelot do Zurychu lub Genewy.. No po prostu wielki świat. Fiat Panda na lotnisku w Zurychu kosztuje dwa razy więcej niż Golf kombi w Lizbonie. Do tego dojazd do Berlina, parking na tydzień... Aż tyle, to ja na tym biznesie nie zarabiam. Trzeba wrócić na ziemię i dymać samochodem. W końcu to tylko 1300 km. I to cały czas autostradą. Damy radę. Szwajcaria w niedzielny jesienny wieczór sprawiała wrażenie wymarłej. Przed hotelem czekał Christian (szef firmy od której kupujemy maszynę) z kluczami, bo właściciele już poszli do domu. Taki zwyczaj. Umówiliśmy się na rano w firmie. Poniedziałkowy poranek zaskoczył mnie podwójnie. Po pierwsze paskudna, wilgotna mgła (a przecież o tej porze powinien tu już leżeć śnieg) a po drugie, potężnym ruchem samochodowym. Z ukrytych w górach domów i osiedli zjeżdżały stada samochodów tworząc korki na skrzyżowaniach. W tym cichym, wczoraj wyglądającym na opuszczone miasteczku. Okazało się, że w licznych firmach pracują setki ludzi. A ja do tej pory myślałem, że cały dochód narodowy Szwajcarii tworzony jest w bankach. Pozory mylą. O godzinie 8:00 w „naszej” firmie już spory ruch, chociaż szefa nie ma, bo nie wrócił jeszcze z budowy. Co chwila podjeżdżają jakieś samochody dostawcze i coś przywożą. Ruch jak na Marszałkowskiej. Na hali przy wyjściu stoi „nasza” maszyna. Na razie nie wygląda zbyt imponująco. Wszystkie blachy z nierdzewki i płyty z plexiglasu oklejone jeszcze ochronną folią, gdzieniegdzie odstająca. A w elektronicznych „wnętrznościach” grzebie dwóch informatyków. Idziemy do górnej hali i tam budujemy z betonowych rur kanał, na którym będziemy ćwiczyć zakładanie i utwardzanie rękawa.
Potem cała ekipa jedzie na budowę, gdzie akurat ludzie Christiana będą utwardzać rękaw. Ja zostaję. Tłumaczenie polskiej wersji oprogramowania, które przygotowałem wcześniej wymaga jeszcze „doszlifowania”. Co innego, gdy tłumaczy się w tabelkach nie do końca jasne instrukcje i komunikaty, a co innego gdy „na żywo” obsługuje się maszynę. Teraz wiadomo, co maszyna chce powiedzieć. A jeśli nie, to można to obgadać z tymi dwoma informatykami. A musi być dwóch, bo maszyna ma dwa komputery. Jeden to laptop IBM w którym pracuje program nadzorujący proces utwardzania oraz program do pomiaru szczelności gotowego rękawa. Drugi, to sterownik programowalny odpowiedzialny za bezpośredni nadzór podzespołów zasilających, promienników i czujników pomiarowych. Osobny moduł elektroniczny współpracuje z kamerą żaroodporną. Nie mogę zbyt szczegółowo opisywać tych rzeczy bo zobowiązałem się do dyskrecji. Najważniejsze, ze wszystko działa zgodnie z założeniami, a polskie komunikaty i instrukcje są zrozumiałe dla pracujących z maszyną ludzi. Myślę, że protokoły z procesu utwardzania i próby szczelności też nie wzbudza uśmiechów na twarzach polonistów. Powinno być dobrze. Ostateczna weryfikacja w czasie pracy. Ekipa wraca z budowy pełna wrażeń. W zasadzie już wiedząc jak się to robi. No to zaczynamy ćwiczenia. Rurociąg już gotowy. Najpierw trzeba wciągnąć folię ochronną. Niby najprostsza sprawa, ale też jest „parę chwytów na fujarkę” Najważniejszy , to pilnowanie sznurka. To hasło powtarza się cały czas, aż do wyciągnięcia wewnętrznej folii ochronnej z utwardzonego rękawa.
Sznurek, to wbrew pozorom bardzo ważna sprawa. Bardzo ważny jest także „dzióbek” na folii. Takich „tajemnic” jest więcej. I trzeba się ich nauczyć. Przecież koszt samego rękawa to często nawet kilkanaście tysięcy Euro. Nie można sobie pozwolić na niepowodzenie. Przy pierwszej instalacji Christian nadzoruje każdy ruch, często sam pokazuje jak coś należy zrobić. Widać, że dokładnie wie, o co chodzi w tej robocie. Rękaw wciągnięty, pakery założone, sznurek na swoim miejscu, zaczyna się rozdmuchiwanie. Tu każdy krok, też jest precyzyjnie określony. Nic nie można zrobić szybciej niż to określa instrukcja.
To praca dla cierpliwych. Na ekranie kamery widać, jak wnętrze rękawa zmienia swój wygląd, staje się coraz gładsze. Koniec. Mamy odpowiedni wymiar. Ciśnienie w porządku. Włączanie lamp - promienników i jedziemy. Przez specjalnie pozostawione przerwy w naszym ćwiczebnym rurociągu z pod ochronnej folii widać upiorne, fioletowe światło. Rękaw staje się twardy jak szkło. To działa. Po utwardzeniu rękawa odcinanie końcówek. To też można zrobić lepiej lub gorzej. Po wyciągnięciu wewnętrznej ochronnej folii przeprowadzamy próbę szczelności. To akurat znam od podszewki. Szwajcarzy robią to dokładnie tak samo jak my. Rękaw jest szczelny. Dobra robota. Wieczorem spotkanie przy typowej szwajcarskiej kuchni i także szwajcarskim winie. Dzielimy się wrażeniami i uwagami. A następnego dnia, jeszcze raz wszystko od początku. Tu szkolenie polega nie tylko na zapoznaniu się z maszyną i procesem, ale także na nabraniu wprawy w tej specjalistycznej pracy. Na dokładnym zrozumieniu wszystkich etapów pracy, aby później na budowie nie było kłopotów. Pod koniec ćwiczeń pojawia się człowiek z BKT Berolina. Widać, ze producent rękawów też jest zainteresowany tym, aby wszystko było w najlepszym porządku. Aby nikt w przyszłości nie mógł powiedzieć: „ten sprzęt i ten materiał nie jest dobry”. Ostatni dzień wita nas lekkim przymrozkiem.
To rozumiem. Jak rano widzę oszronione auto, to jestem w końcu pewien, że to Szwajcaria. Niestety, trzeba już wracać. Ekipa zmierza bezpośrednio do Krakowa, ja po drodze muszę jeszcze wpaść do Murten, gdzie akurat jest spotkanie przedstawicieli firmy CDLab, producenta oprogramowania kanałowego WinCan. Aha! Oczywiście na maszynie, obok tabliczki znamionowej pojawiła się znajoma, mosiężna tabliczka z napisem „Dostarczono przez Gamm-Bud”.
